2018-09-25 Pierwsza zimowa wycieczka

W piątek lato , w sobotę powitanie jesieni, w niedzielę…

2018-10-05:07 Powitanie jesieni w Pawełkach

Piątek 5.10.2018 – pierwszy dzień rajdu. Zastanawiałam się, który raz…

2018-09-30 Krapkowice - Święto Dyni

Lato skończyło się tak nagle jak się zaczęło i trudno…

2018-05-01 - 06 Majówka w Jesenikach

Wyruszyliśmy ode mnie o godzinie 8:30 w składzie ja, Grażyna,…

Niedzielne wycieczki

Co tydzień w niedziele organizujemy wycieczki. Startujemy o godzinie 9,…

2020–07–19–23 Velo Dunajec

19.07.2020 Niedziela – 1 dzień: Opole – Poronin – Ostrowsko W tym roku postanowiliśmy wybrać się dalsze strony na wakacyjny rajd rowerowy, bo na nowo otwartą i zachwalaną wszem i wobec trasę Velo Dunajec. Byliśmy kilka lat temu na ścieżkach rowerowych wzdłuż Dunaju, więc chcieliśmy je porównać. Aby nie jechać w ciemno wysłaliśmy najpierw w maju na zwiady Janusza i Kazika. Wrócili zachwyceni, ale od razu stwierdzili, że nie jest to łatwa i rodzinna trasa jak zachęcano w folderach i spotach reklamowych, co w pełni potwierdzamy po jej przejechaniu.

Są duże różnice wysokości, ostre zjazdy i podjazdy, a nieświadomi rodzice zabierają tam swoje nieletnie pociechy stwarzając zagrożenie dla siebie i innych uczestników. Stopnia trudności nie można porównywać ze ścieżkami rowerowymi wzdłuż Dunaju, które biegną po płaskim terenie przynajmniej na odcinku, którym jechaliśmy, czyli od Passau do Budapesztu. Tam nawet małe dzieci mogą jechać spokojnie – tu nie polecam. Do trasy Velo Dunajec trochę daleko, więc postanowiliśmy skorzystać z pomocy PKP i spotkaliśmy się na opolskim dworcu o godzinie szóstej – Marzena, Ewa, Kazimierz, Janusz, Sergiej i Józek, który nas odprowadzał i swojej flagi klubowej użyczył. Tylko Jacuś jak zwykle nie mógł zdążyć i wbiegł na peron prawie równo z pociągiem. Największy problem zawsze jest z załadunkiem naszych rowerów do pociągu, bo jak jest z koleją każdy wie – drzwi wąskie, stopnie wysokie i sam człowiek sobie nie poradzi, gdy ma jeszcze sakwy na rowerze. Na szczęście nasi panowie są silni i dobrze zorganizowani, a miłe słowackie konduktorki /bo pierwszy pociąg, którym jechaliśmy jechał na Słowację/ otworzyły nam przedział pocztowy i bez większych problemów się tam „zalogowaliśmy”. Zajęliśmy cały przedział w pobliżu naszych rowerów i podróż do przesiadki w Czechowicach – Dziedzicach upłynęła nam szybko wśród żartów i śmiechów. Drugi pociąg był polski, drzwi wąskie, schody wysoko, przedział rowerowy wąski, siedzieliśmy parami i już tak wesoło nie było, a przy wysiadaniu stres i pośpiech. Do Poronina dotarliśmy po trzynastej, a na dworcu przywitał nas Maciej, który wybrał się w podróż dzień wcześniej pociągami Regio, spał gdzieś w namiocie w pobliżu i z utęsknieniem na nas czekał. Ruszyliśmy razem w poszukiwaniu Velo–ścieżki, a Jacusiowe Endo– Błądo niepotrzebnie wciągnęło nas na stromą górkę. Po znalezieniu właściwej drogi ruszyliśmy w kierunku Szaflar. Zatrzymaliśmy się koło dużego parku wodnego i wywiązała się dyskusja, czy się kąpiemy czy nie, ale ze względu na tłok, kolejki i korona wirusa zrezygnowaliśmy i wybraliśmy ciastka i lody na placu pod kościołem. Gdy ruszyliśmy dalej, za dworcem kolejowym Jacuś wypatrzył drogowskaz na ruiny zamku i pociągnął za sobą Sergieja i Macieja, a my cierpliwie poczekaliśmy, aż nakarmią komary i nacieszą oczy widokiem tego, co po zamku zostało. Gdy wrócili pojechaliśmy dalej szukać strefy relaksu w Nowym Targu, bo tam czekał na nas Sławek i Czesiek P., którzy na miejsce noclegu w Ostrowsku dotarli samochodem, przesiedli się na rowery i wyjechali nam na spotkanie. Ta strefa to bardzo ładnie miejsce na Dunajcem z placami zabaw dla dzieci i lotniskiem aeroklubu – mieliśmy szczęście, bo akurat latał szybowiec, tylko kąpać się nie można było i Jacuś był niepocieszony. Po chwili odpoczynku ruszyliśmy a Sławek poprowadził nas ścieżką rowerową, przez Waksmund na kwaterę. Tu zrzuciliśmy tobołki i pojechaliśmy na pstrągi do Łopuszna zaproszeni przez Macieja, który tą imprezę sponsorował. Czekaliśmy długo, ale było warto, bo rybki pyszne, a napoje dobrze schłodzone, tylko obsługa słabowata. Po konsumpcji udaliśmy się na zwiedzanie drewnianego kościółka i zabudowań dworskich Tetmajerów, gdzie obecnie mieści się muzeum. Pora była zbyt wczesna na spoczynek i część wróciła do domku pograć w ping ponga, Sergiej łatać dziurawą dętkę, a Janusz, Maciej i ja udaliśmy się na zwiedzanie Nowego Targu oddalonego o 6 km. Bardzo ładne miasteczko – obejrzeliśmy zabytkowy rynek, ratusz, dwa kościoły – na szczególną uwagę zasługuje nietypowy ołtarz w tym większym – wykuty na ścianie w piaskowcu – przedstawiał ostatnią wieczerzę. Na rynku bardzo nam się podobały dwa ogromne, kute, metalowe przytulające się postacie barana i owcy, gdyż Nowy Targ od dawien dawna z kożuchów słynie. Robiło się już trochę ciemno, więc zawróciliśmy na nocleg tak jak przyjechaliśmy – czyli ścieżką rowerową wzdłuż Dunajca. W tym dniu zrobiliśmy 60 km, a ci, co Nowego Targu nie zwiedzali trochę mniej. 20.07.2020 Poniedziałek – 2 dzień: Ostrowsko – Kluszkowce Wyruszyliśmy o 9 rano po śniadaniu zaprowiantowani przez Jacusia w pyszne drożdżówki, po które pobiegł raniutko po kąpieli w rzece i nawet je zasponsorował, a z rozpędu podarował nam też drożdżówki Sergieja. Pojechaliśmy w stronę Łopuszna na Velo–Dunajec i dotarliśmy do MOR–u w Harklowej. Dla niewtajemniczonych wyjaśniam skrót – Miejsce Odpoczynku Rowerzysty, gdzie są ławeczki pod wiatą, duża mapa okolicy, stojaki na rowery, zdarza się czasem i toy–toy. Po krótkim odpoczynku ruszyliśmy do zabytkowego drewnianego kościółka w Dębnie, gdzie brał ślub filmowy Janosik. Poczekaliśmy chwilę aż wyjdzie poprzednia grupa i wysłuchaliśmy opowieści przewodniczki, zakupiliśmy pamiątki składając datki. Tu na chwilę dołączył do nas Sławek, by też zobaczyć kościół, gdyż podróżował autem, jako serwis rowerowo–transportowy, wożąc, co niektórym część tobołków. Ku mojej rozpaczy nie chciał grzebać w moim worku, który jechał w aucie i nie dowiózł mi zapomnianego stroju kąpielowego, a dzień upalny był i kąpiele w planie. Po zwiedzaniu udaliśmy się z powrotem na ścieżkę rowerową wałami wokół jeziora Czorsztyńskiego. Wyfociliśmy piękne widoki z Józkową flagą na pierwszym planie i trafiliśmy do ciekawego kościoła we Frydmanie, który był w mieszanym stylu, a my szukaliśmy romańskiego okienka, jako najstarszego elementu. Kilkoro z nas do zdjęć wdrapało się zabytkowa dzwonnicę, a później pojechaliśmy zobaczyć jeszcze dwór obronny w środku wsi. Po zwiedzaniu wróciliśmy na Velo i Jacuś po drodze wypatrzył kąpielisko, więc była przerwa na kąpiele, a kto nie chciał odpoczywał na leżaku sącząc napoje chłodzące, ja zamoczyłam tylko nóżki, bo stroju nie miałam i bardzo swojego gapiostwa żałowałam. Po tym relaksiku pojechaliśmy dalej Velo walcząc ze stromymi podjazdami, rozkoszując się, pięknymi zjazdami, uważając na nieopanowanych małoletnich – tak dotarliśmy na następne kąpielisko pod zamkiem w Niedzicy. Tu dojechał do nas Sławek na rowerku, bo auto zawiózł już na nocleg. Słońce paliło mocno i żal mi było okrutnie, że wykąpać się nie mogę, bo nie mam w czym i Jacuś się ulitował pożyczając mi swoje prawie nowe i mało używane majtki. Jakoś udało mi się je na tyłek wciągnąć, braki zasłoniłam firmową koszulką i szczęśliwa chlupnęłam do wody, ku uciesze reszty rajdersów. Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie – przysłowie stare, ale wciąż aktualne. Gorąco było, więc Kazimierz i Sergiej też popływali, a reszta biwakowała na brzegu pilnując rowerów. Po kąpieli udaliśmy się na zwiedzanie zamku, ja już tam byłam, więc zostałam na warcie przy okazji susząc koszulkę. Zamek piękny i dobrze zachowany chyba im się podobał, więc się nie spieszyli, a ja nawet nie zauważyłam, kiedy podczas tego suszenia słońce mnie do czerwoności spiekło. Gdy wrócili pojechaliśmy zobaczyć tamę, zrobiliśmy zdjęcia i wróciliśmy na statek, by dostać się na drugą stronę jeziora gdzie stał lekko zrujnowany zamek Czorsztyn. Tylko Maciej nie dowierzał temu środkowi lokomocji i wybrał się na drugą stronę przez góry jakimiś bezdrożami, przez pola, łąki i dołączył do nas później. Na drugim brzegu podzieliliśmy się na dwie grupy, ci, co chcieli pojechali pod wodzą Jacusia zwiedzać zamek, a reszta zajęła miejsce w barze. Mieliśmy się spotkać w umówionym miejscu, Kazimierz wytłumaczył im jak mają jechać, dał im czas na zwiedzanie, a po pół godzinie ruszyliśmy na spotkanie. Dojechaliśmy na miejsce zbiórki, ale ich nie było, to poszłam do zamku ich poszukać i okazało się, że oni dopiero rozpoczęli zwiedzanie. Przegapili drogę, którą polecał im Kazik, a jakiś łysy człowiek, co nie lubił chyba rowerzystów wysłał ich okrężną trasą bardzo stromym podjazdem przez miejscowość Czorsztyn z powrotem do zamku. Postanowiliśmy, że jedziemy do Czorsztyna na kwaśnice i poczekamy na nich w Zajeździe pod Smrekami, bo w lesie komary chciały nas zjeść żywcem. Gdy my już kończyliśmy konsumpcję, oni dopiero dotarli, niektórzy źli, głodni i zmęczeni stromymi podjazdami. Po obiedzie zjechaliśmy tą stromą drogą, którą oni się wdrapywali i szukaliśmy dalszej drogi do domu. Nie było łatwo, bo ludzie różne drogi nam wskazywali, a Jacusiowego endo–błądo nikt już słuchać nie chciał, choć tym razem rację miało. I znów krążyliśmy dookoła przez trawniki i schody, ale w końcu dotarliśmy do domku „U Majki” w Kluszkowcach. Pokoje były maleńkie, łazienki jeszcze mniejsze, ale jakoś się pomieściliśmy. Jacek, Sławek i Sergiej jeszcze raz zjechali w dół na kąpielisko, a jak wrócili to świętowaliśmy imieniny naszego Czesława. W tym dniu zrobiliśmy około 33 km. 21.07.2020 Wtorek – 3 dzień: Kluszkowce – Nowy Sącz Poranek zaskoczył nas brakiem wody w kranach, co nie było przyjemne, bo każdy chciał dokonać toalety porannej, zjeść śniadanie i wyruszyć w trasę – a tu taki psikus i awaria, woda leci ulicą, a w kranach susza. Po chwili jakoś dało się to ogarnąć i wyruszyliśmy po dziewiątej i krótkiej dyskusji z Maciejem, co do wyboru trasy. Nie doszliśmy do porozumienia i on pojechał w lewo przez wieś, a my w stronę głównej drogi, a po kilku kilometrach się spotkaliśmy i jechaliśmy dalej razem boczną drogą do Czorsztyna. Było stromo, kawałek musieliśmy pchać rowery, ale za to było dużo spokojniej niż na krajówce. Po drodze zrobiliśmy ostatnie fotki na tle Tatr i z Czorsztyna zjechaliśmy do miejscowości Sromowce Niżne, gdzie czekał na nas Sławek, który zaparkował auto w pobliżu przystani, dojechał rowerem i nas też tam doprowadził ścieżką rowerową pośród zieleni. Gdy dojechaliśmy na miejsce podzieliliśmy się na dwie grupy – Kazik, Janusz, Maciej i Marzena, którzy już Dunajcem płynęli, pojechali dalej ścieżką rowerową po Słowackiej stronie, zwiedzając po drodze Czerwony Klasztor. A reszta – czyli Jacek, Sergiej, Czesiek, Sławek i ja, załadowaliśmy rowery na 2 tratwy i spłynęliśmy do Szczawnicy rzeką. Po drodze podziwialiśmy piękne szczyty, spośród których zapamiętałam Trzy Korony, Sokolnicę i 7 Mnichów. Flisak ubarwiał naszą 2,5 godzinną podróż kawałami, opowieściami o mijanych miejscach, o życiu i pracy flisaków. W połowie trasy wypatrzyliśmy na brzegu rowerową część naszej grupy, która machała do nas radośnie. Ścieżka, którą jechali była budowana przez Polaków dawno temu, ale na skutek zawirowań wojennych przypadła Słowakom, którzy słabo dbają o jej utrzymanie i z lekka się rozpada, co najbardziej widoczne było od strony wody. Jak opowiadał nasz przewodnik, często dochodzi na niej do wypadków, rowerzyści łamią kości, wpadają do rzeki itp. Potwierdzili to Rajdersi, ponieważ w czasie, gdy jechali, ktoś ratował kobietę, która zsunęła się ze skarpy, a Kazimierz łapał rower. Za to podczas wysiadania z tratwy, flisak ratował mnie, bo jak przeskakiwałam przez rower to z lekka straciłam grunt pod nogami. Na szczęście udało nam się szczęśliwie przycumować, a w restauracji na brzegu czekała już na nas reszta rajdersów. Gdy do nich dołączyliśmy, niebo pociemniało i spadł ulewny, ale krótkotrwały deszcz, który przeczekaliśmy pod parasolami, a Jacuś zdążył w międzyczasie narozrabiać – zbił ogromną szklanicę, ale nie poniósł za to finansowej kary. Gdy przestało padać udaliśmy się do Krościenka na tradycyjne lody do „Marysieńki”, które bardzo zachwalał Januszek. Trochę nam zeszło, bo Kazimierz wolał zjeść coś konkretnego, Jacuś musiał się wykąpać, a ja zdążyłam obejrzeć miasteczko. Z Krościenka pojechaliśmy na rynek do Starego Sącza, gdzie znowu z polecenia Januszka trafiliśmy do kolejnej „Marysieńki” na pierogi. Niestety te z oscypkiem już wyszły, więc troje z nas wzięło knedle ze śliwkami, dwójka schabowe, a ja pierogi „Królowej Marysieńki” z mięsem i kapustą w sosie pieczarkowym, bo kurkowy też już wyszedł. Smakowało średnio, a na koniec niespodzianka, w jednym z pierogów schował się knedel, a kucharz sam nie wiedział skąd się tam wziął. Jacuś i Maciej woleli konsumować na dworze i wybrali bar nieopodal pod parasolami, dużo tańszy i bez niespodzianek. Myśleli, że będziemy siedzieć w budynku, dlatego nie chcieli iść z nami, a my wylądowaliśmy na balkonie, z którego zawołałam Jacusia, by nam zrobił zdjęcia i zaśpiewał, co ochoczo uczynił, ku radości ogółu gości. Po objedzie udaliśmy się na zwiedzanie miasta. Obejrzeliśmy zabytkowy rynek i ładny klasztor, tu rozstaliśmy się z Maciejem, który wybrał swoją drogę do Nowego Sącza. My ścieżką Velo Dunajec udaliśmy się na Bobrowisko – całkiem ładne miejsce, z punktami obserwacyjnymi i długą drewnianą kładką. Sporo to pewnie kosztowało, ale bobry zmęczone hałasem turystów dawno już stamtąd chyba uciekły. Po tym pouczającym spacerku z rowerami po dydaktycznej ścieżce w palącym słońcu, z ulgą wsiedliśmy na rowery i dotarliśmy na rynek Nowego Sącza. To całkiem spore miasto, ratusz imponujący, obok duża figura naszego Papieża. Zrobiliśmy pamiątkowe fotki i udaliśmy się na poszukiwanie ruin zamku, a przy okazji znaleźliśmy dawną synagogę. Po zwiedzaniu udaliśmy się na poszukiwanie Schroniska PTTK gdzie mieliśmy noclegi i czekał na nas Sławek, który po spływie Przełomem Dunajca, wrócił busem po rower zostawiony w Sromowcach. Miał dużo czasu, więc przejechał się po słowackiej ścieżce, zwiedził Czerwony Klasztor, wrócił do auta i przyjechał do Nowego Sącza przed nami i przydzielił nam pokoje. Było dużo radości, gdy się lokowaliśmy, bo jak się okazało na 2 pokoje przypadała jedna przechodnia łazienka. Chodziliśmy w kółko ciągle myląc wejścia i wyjścia. Jacuś poszedł się moczyć z komarami w pobliskiej rzece – Kamienicy, a my po kolacji urządziliśmy sobie krótkie spotkanie towarzyskie, dzieląc się wrażeniami z minionego dnia, w którym zrobiliśmy około 91 km. 22.07.2020 Środa – 4 dzień: Nowy Sącz – Drużków – Piaski Po śniadaniu o 9 ruszyliśmy w trasę. Jacuś wyrwał się na prowadzenie i przeciągnął nas po kamieniach wzdłuż rzeki Kamienicy na Velo Dunajec, z którym się łączy. Gdy wypadliśmy na krajówkę przegapiliśmy zjazd i musieliśmy zawracać koło kamieniołomu, bo tam jechać trudno, tak wielki panuje ruch i hałas. Ale coś za coś, boczna droga spokojniejsza, ale bardziej stroma, więc zaczęliśmy mozolną wspinaczkę do Gródka n/Dunajcem. Podjazdy były długie i męczące, po drodze roboty drogowe, wykopki, światła regulujące ruch i upał. Chcieliśmy się wykąpać w Rożnowskim jeziorze, ale kąpielisko płatne, więc pojechaliśmy na następne do Bartkowa. Też było płatne i średnio piękne – tylko ja z Jacusiem zdecydowaliśmy się z niego skorzystać, reszta pojechała na zaporę do Rożnowa. Szybko pożałowałam swojej decyzji, chociaż weszliśmy za darmo, to dno było muliste, porośnięte moczarką i ciężko się było zwodować, a po kąpieli jeszcze trudniej było się z tego mułu wydostać. Podczas pływania zauważyłam stanowisko wędkarskie z wyłożoną aż do wody betonowymi płytkami ścieżką i chciałam z tego skorzystać by się nie ubłocić. Jakież było moje niemiłe zdziwienie, gdy w drodze do niego zaczęłam się na płytkiej wodzie zapadać w mule po kolana, a nawet i głębiej. Gdy stanęłam w końcu na płytkach, byłam do połowy ud umazana błotem, a Jacuś, gdy to zobaczył zawrócił i wyszedł na brzeg przez rowerki wodne zacumowane przy pomoście – ja próbowałam się domyć na płyciźnie. Gdy się ogarnęliśmy ruszyliśmy pod górkę, a potem i z górki szukać naszych na zaporze Rożnowskiej. Gdy dotarliśmy zobaczyliśmy najpierw ogromne amury majestatycznie krążące pod zaporą, a potem rajdersów biwakujących w pobliżu całkiem ładnego kąpieliska. Trochę żal mi było, że nie chciałam słuchać chłopaków i wybrałam wcześniej błotne kąpiele. Po chwili odpoczynku ruszyliśmy w dalszą drogę, zwiedzając po drodze do Rożnowa ruiny zamku Zawiszy Czarnego. W samej miejscowości obejrzeliśmy jeszcze całkiem dobrze zachowany Zamek Dolny, a Jacuś próbował nas wciągnąć w jakieś nieznane ścieżki rowerowe za rzeką. Na szczęście Kazimierz w porę pohamował jego zapędy i pojechaliśmy dalej asfaltem do miejscowości Tropie zobaczyć najstarszy w okolicy kościół romański. Było ciężko, stromo i gorąco, ale kościółek ładny, chociaż ze stylu romańskiego niewiele w nim zostało, gdyż jak to najczęściej bywa był wielokrotnie przebudowywany. Po drodze widzieliśmy kapliczkę wykutą w skale, z figurą Matki Boskiej. Po obejrzeniu kościoła zjechaliśmy bardzo stromą drogą w dół do promu, który zawiózł nas na drugą stronę rzeki do przydrożnego baru na grochówkę z kuchni wojskowej. Wszyscy oprócz Macieja ochoczo pałaszowali polecane przez Januszka i Kazia specjały, a następnie musieliśmy jechać kawałek ruchliwą krajówka, aż do zapory Czchów. Przejechaliśmy przez nią na drugą stronę rzeki i zaczęliśmy mozolną wspinaczkę kamienistą i mokrą drogą pod górę, przeklinając komary i Jacusiowe endo– błądo, które wybrało taką wersję drogi zamiast bardziej stromego asfalciku. Tą paskudną drogą dotarliśmy do osiedla Trąbki, gdzie była nasza indiańska baza. Na szczęście wcześniej wybiłam Jacusiowi z głowy nocleg w Tippi i zarezerwował nam kolejny „domek krasnoludków”. Pokoje były malutkie, na poddaszu, łóżeczka też nie za duże, wkoło belki i skrzynki, małe łazienki, ale wszystko czyste, nowe i gustownie urządzone w prostym góralskim stylu. Jakoś się rozlokowaliśmy, wykąpaliśmy i humorki powróciły, zapomnieliśmy o komarach i stromej drodze pod górkę, gdzie większość pchała rowery, bo widok na jezioro rekompensował wszystko. Sławek zabrał chłopaków na zakupy – wieczorem planowaliśmy pożegnalnego grilla. Gdy wrócili, wszyscy zabrali się do szykowania imprezy, dziewczyny kroiły, warzywa i kiełbaski, boczek, chłopcy rozpalali ogień, a Sergiej z pełnym poświęceniem smażył i serwował kolejne specjały. Sławek zabawiał nas swoimi dowcipami, przyszła też gospodyni, ale na imprezie zostać nie chciała, za to jej pies i owszem, obskakiwał i szczypał wszystkich, a szczególnie upodobał sobie Macieja, który wcale jego sympatii nie odwzajemniał. Gdy się najedliśmy, przyszedł czas na podziękowania dla organizatorów: Kazikowi i Januszkowi za przetarcie szlaku, Sławkowi za samochodowy serwis techniczny, wożenie tobołków i kwatermistrzostwo, Jackowi za bukowanie noclegów i codzienne poranne spacery po drożdżówki, a pozostałym za udział w rajdzie. Pogadaliśmy, pośmialiśmy się wspominając różne wydarzenia z trasy, pośpiewaliśmy i około północy poszliśmy spać. W tym dniu zrobiliśmy około 60 km. 23.07.2020 Czwartek – 5 dzień: Dróżków – Piaski – Tarnów – Opole Kolejny słoneczny dzień, a dla nas już ostatni na tej wyprawie, po czynnościach higieniczno–sanitarnych i śniadanku zaczęliśmy się pakować. Co nie było nam potrzebne w podróży oddaliśmy Sławkowi do samochodu. Nasza gospodyni poprosiła o zdjęcie grupowe w naszych firmowych koszulkach i znów musieliśmy przegrzebać sakwy by się wystroić na sesję fotograficzną. Jeszcze ostatnie spojrzenie na chałupkę z góry, jezioro i Prezes dał hasło do wyjazdu, a raczej do wymarszu i pchania rowerków pod górę. Gdy się zatrzymaliśmy na chwilę by poczekać na resztę, chciałam strącić kąsającego mnie komara, straciłam równowagę i padłam razem z rowerkiem, ale na szczęście w trawę. Na pomoc rzucił mi się zawsze uczynny Sergiej, szybko się pozbierałam i ruszyliśmy tym razem ostro w dół, aż ręce cierpły na hamulcach. Bocznymi, spokojnymi drogami dotarliśmy na wał i Velo Dunajec doprowadziło nas do Zakliczyna. Zjechaliśmy na chwilę do miasteczka, ale rynek był rozkopany i trudno go było oglądać. Maciej na dużej mapie okolicy wypatrzył Lusławice – pobliską miejscowość, w której Penderecki miał swoją prywatną posiadłość i założył Centrum Muzyki. Koniecznie chciał to zobaczyć, ale nie mógł namówić nikogo z nas do tej eskapady, więc pojechał sam, a my ruszyliśmy dalej ścieżką w kierunku Tarnowa. W pewnym momencie asfalcik się skończył i przebijaliśmy się do mostu trawiastą niezbyt przyjazną ścieżką. Dalej woleliśmy pojechać asfaltem, ale bocznymi drogami, bo główna prowadziła przez wysokie góry, jak wcześniej zdążyli się o tym przekonać Januszek z Kazimierzem. Znaleźliśmy niebieski szlak PTTK, który prowadził dość płaskimi drogami blisko Dunajca najpierw asfaltem, a później szutrem prosto do Tarnowa. Jechaliśmy przez Szczepanowice i Dąbrówkę Szczepanowicką, gdzie na postoju dogonił nas Maciej, który zdążył już zobaczyć Lusławice. Wszyscy razem jechaliśmy dalej, a gdy mieliśmy jakieś zawahania, co do wyboru drogi pomagał nam Jacuś ze swoim enod–błądo. No i oczywiście nie omieszkał zaprowadzić nas na kamieniste kąpielisko. Rzeka w tym miejscu nie była spokojna, spory próg wodny i wiry, a tam gdzie woda stojąca, to średnio czysta. Ale Jacusiowi i Maciejowi wcale to nie przeszkadzało zanurzyć tyłków w wodzie. Reszta wolała posadzić swoje na ogromnych kamieniach i moczyć nogi w ciepłych zatoczkach. Z błogiego lenistwa wyrwał nas zaskroniec, który wypłynął spod nóg Cześka i odebrał nam ochotę na dalsze kąpiele. Szybko się pozbieraliśmy, bo na pociąg nam się trochę spieszyło. Niebieski szlak zaprowadził nas do miasta, tu Maciej skręcił znowu w swoją stronę, a my popytaliśmy o drogę do centrum, zaliczyliśmy szybkie zwiedzanie i obiad w barze polecanym przez naszych pasibrzuchów – Kazia i Januszka. Zdążyliśmy jeszcze wykupić wszystkie oscypki i obwarzanki u górala i musiał dzwonić po rezerwy do szefa. Dostawa była błyskawiczna i ci, co wcześniej nie zdążyli to się jeszcze obkupić to teraz zdążyli. W tym czasie zadzwonił Maciej, że na rynku w informacji rozdają darmowe mapy, więc Januszek z Cześkiem po nie pojechali. Gdy wrócili, wspólnie udaliśmy się na dworzec PKP, by przeprawić się małą windą na drugi peron. Trochę czasu nam to zajęło i wymagało dobrej organizacji, bo do windy ledwo jeden rower się mieścił, a my mieliśmy ich siedem. Jakoś się z tym uporaliśmy, zjawił się Maciej, a po chwili przyjechał pociąg i zaczęliśmy załadunek. Nie było łatwo, bo czasu mało, a wagon rowerowy też wcale duży nie był. Ale nasi panowie poradzili sobie z tym doskonale i wkrótce zajęliśmy miejsca w przedziale obok. Nasze szczęście nie trwało zbyt długo, bo na następnym przystanku w Krakowie pociąg stał pół godziny i zaczęły się zjeżdżać następne rowery. Najpierw jeden, potem dwa i zrobiło się ciasno, bo był jeszcze nadprogramowy rower Macieja, który zaczął głośno dyrygować i przestawiać nie tylko nasze rowery. Zrobiło się trochę nieprzyjemnie, bo i miejsca w przedziale też mieliśmy pozamieniane i trzeba było sytuację załagodzić i uporządkować. Maciej poszedł w końcu szukać swojego wagonu i sytuacja się wyciszyła, a wtem nadszedł kolejny rowerzysta i zechciał swój rower powiesić tak jak nakazują przepisy. Cóż było robić nasi panowie dzielnie ruszyli do pracy i powiesili wszystkie rowery, ale było to niezbyt fortunne rozwiązanie, ponieważ zrobiło się ciasne przejście. Władze kolei wymyślając przedziały rowerowe z hakami do ich zawieszania, brały miarę chyba z dziecinnych rowerków, a na pewno nie wzięli pod uwagę tego, że trekkingi są duże i maja kierownice z rogami, lemonki, lusterka, o które się zawieszali wszyscy podróżni i konduktorzy przedzierający się przez przedział rowerowy. Zupełnie nie wiedzieć czemu umieszczony w środku składu zamiast na końcu, czy początku pociągu, gdzie nikomu by nie przeszkadzał. Ale cóż nie nam oceniać organizację ruchu pasażerskiego, byliśmy szczęśliwi, że w końcu możemy jechać my i nasze rowery legalnie. Podczas podróży mieliśmy sporo rozrywki obserwując ludzi przedzierających się do toalety, a nasz podziw wzbudziły dziewczyny z wózkiem Wars–u, które bardzo zgrabnie lawirowały między lemonkami i rogami. Gdy podróż dobiegała końca w okolicach Ozimka zaczęliśmy się przygotowywać do opuszczenia pociągu, co wcale nie było łatwe, bo pociąg stoi krótko, a my musieliśmy wynieść 14 sakw, zdjąć z haków rowery, a miejsca było niewiele. Jako, że role zostały już wcześniej rozdzielone, wyładunek poszedł błyskawicznie, a na peronie powitał nas uśmiechnięty Józek. Zrobił nam zdjęcie w niedzielę jak wyjeżdżaliśmy to i teraz jak wracaliśmy też i nasza wyprawa dobiegła końca. Pożegnaliśmy się i udaliśmy do domów wśród śmiechów i opowiadań jak fajnie ten czas wspólnie spędziliśmy. Rajd rowerowy Velo–Dunajec trwał 5 dni, zrobiliśmy około 300 km w dobrych humorach, przy pięknej pogodzie i żaden deszcz nas nie dogonił. TEwa, zdjęcia Jacek

Kalendarz

Odwiedzający

Odwiedza nas 159 gości oraz 0 użytkowników.

Początek strony

Używamy cookies i podobnych technologii m.in. w celach: świadczenia usług, reklamy, statystyk. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień twojej przeglądarki oznacza, że będą one umieszczane w Twoim urządzeniu końcowym. Aby dowiedzieć się więcej zapoznaj się z naszą polityką prywatności.

Zgadzam się na używanie plików cookies na tej stronie